Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinarne podróże. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2016

Kulinarne podróże: Włochy

Przeglądając przygotowany materiał, doszłam do wniosku, że to pierwszy post z serii kulinarnych podróży, do którego nagromadziłam tyle różnorakich smakowitości, jednocześnie odczuwając tak duży niedosyt. Bo nie zdążyłam skosztować tak wiele! Jedyny plus tego niezaspokojonego w pełni pragnienia to dodatkowa motywacja do ponownej podróży. Zresztą nie pierwszej już. Bo to też pierwsze kulinarne podróże, które piszę na podstawie nie jednego, a aż trzech wojaży w te same strony odbytych w przeciągu kilkunastu miesięcy. Za każdym razem utwierdzałam się w niektórych przekonaniach, wyrabiałam odpowiednie wnioski, ale przede wszystkim za każdym razem byłam przez tę kuchnię zaskakiwana i pozostawiana z ogromną dozą wspomnianego wcześniej niedosytu.
I być może niektórzy stwierdzą, że kuchnia włoska jest banalna i oklepana. Nie mogę się dziwić, bo jeszcze niedawno sama miałam tego typu przemyślenia. Jednak znikały one natychmiast, gdy na moim stole pojawiało się zamówione danie, a ja dokonywałam pierwszego kęsa. Magia. Mogłabym spędzić wiele lat jedząc te pyszności.
Jak widać, jeśli chodzi o kuchnię włoską to widzę ją praktycznie w samych superlatywach z jednym tylko wyjątkiem. A mianowicie samym trybem dziennego żywienia praktykowanym przez Włochów, a tak odmiennym od tego, do którego przywykłam. Śniadanie skromne, albo w ogóle sama kawa, wczesnym popołudniem dość obfity lunch, bo zwykle w tej roli występuje jakiś makaron tudzież risotto, a późnym wieczorem, najwcześniej o 19, wielka rozpusta - kilkudaniowa kolacja. I może nie byłoby w tym nic takiego bolesnego, gdyby nie czas siesty, popularny dla krajów południowych, przypadający mniej więcej między 14 a 19. Dla typowego turysty z Europy północnej (a przynajmniej dla mnie) to prawdziwe cierpienie, gdy jego zegar biologiczny krzyczy "OBIAD", a wszystkie trattorie są zamknięte na cztery spusty. Wówczas jedyna rada lepsza od zdania się na fastfoody, to kierowanie się w stronę centrum. Tam powinny czekać restauracje nastawione na zgłodniałych turystów. Radzę wziąć to pod uwagę ;) I tak, tak - jasne, że do tego da się przystosować, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale zdecydowanie ja potrzebowałabym na to więcej czasu niż kilka dni. W ogóle Włosi już tacy są, że z reguły knajpki prowadzą w bardzo rodzinnej aurze, są otwarci i tolerancyjni na kaprysy gości, ale również i swoje. Oficjalne godziny otwarcia w rzeczywistości niewiele znaczą i uzależnione są od obecnych nastrojów restauratorów. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi jakaś uroczystość bądź inne istotne wydarzenie. Bolesny przykład - 95% uroczych restauracji zamkniętych w wieczór finału Euro. Piłka nożna przede wszystkim, nawet przed jedzeniem.
Tak czy inaczej uwielbiam tę kuchnię i coś czuję, że te kulinarne podróże będą najdłuższym i najbardziej wyczerpującym postem ever. I że mimo wszystko w przyszłości pojawią się kolejne jej uzupełniania... ;)

 
Zaczynam od tego, co wszyscy z automatu kojarzą z włoską kuchnią i w ogóle z całymi Włochami - pizza. I czuję się w tym miejscu zobowiązana, żeby stosownie uświadomić wszystkich tych, którzy myślą, że gdziekolwiek we Włoszech nie zamówią pizzy, to dostaną danie genialne. Otóż jest zupełnie inaczej. Niezaprzeczalnie Włosi potrafią piec pyszną pizzę, ale niestety nie tyczy się to ich wszystkich bez wyjątku. Na dobrą pizzerię trzeba po prostu trafić. Piękna trattoria w centrum starówki może nas mocno rozczarować w przeciwieństwie do…

…pizzy na kawałki sprzedawanej w małym lokalu na rogu. Może to trochę zaskoczyć, ale tak już bywa, że te niepozorne bary często serwują świetną pizzę. I nie chodzi tu tylko o dobre ciasto (które dla mnie jest podstawową kwestią), ale również o dodatki - każdy kawałek musi być bowiem bogato nimi okraszony, co jest rzadkością w przypadku zamawiania całego placka. A skoro już o dodatkach mowa - jako że ostatnio staję się coraz zagorzalszym fanem basicu, to na pierwszym miejscu polecam rzecz jasna margeritę, ale od razu za nią plasuje się boska napoli z dodatkiem moich ukochanych anchois oraz pizza z grillowanym bakłażanem. Polecam serdecznie!

Nie odbiegając za daleko od tematu pizzy, przedstawiam Wam foccacio - jest to ciasto drożdżowe podobne do tego, które używa się do pizzy, jednak bardziej puszyste. Jego grubość różni się w zależności od piekarni, na jaką trafimy - od cienkiego do bardzo grubego. Te grubsze zdobyło nawet miano „słonego pączka”. W wersji podstawowej foccacia jest zupełnie pozbawiona dodatków. Najczęściej wzbogacana jest jednak pomidorami, oliwkami czy cebulą. 

Na liście najpopularniejszych klasyków włoskiej kuchni makarony zajmują zaszczytne drugie miejsce, zaraz po pizzy. I tutaj możemy dostać prawdziwego zawrotu głowy, bo ich rodzajów jest multum! Poczynając od samego kształtu makaronu (których już same nazwy są przepiękne - spaghetti, tagliatelle, penne, fusilli, farfalle, orecchiette, cannelloni…), a na sosach kończąc. Na pierwszym zdjęciu powyżej widzimy jedną z popularniejszych past - carbonarę. Makaron spaghetti i sos na bazie jajek i śmietany z dodatkiem boczku i, rzecz jasna, parmezanu. Propozycja przepyszna, ale i nieziemsko sycąca. Na zdjęciu niżej coś delikatniejszego, ale równie klasycznego - penne w sosie pomidorowym z dodatkiem świeżej bazylii. Uwielbiam makarony, a te przyrządzone przez Włochów są jedyne w swoim rodzaju!

Pozostajemy w temacie makaronów, bo przecież arkusze lasagne to jeden z ich rodzajów. Bez bicia przyznaję, że lasagne widoczna na zdjęciu, to jedyna, jaką miałam okazję skosztować we Włoszech. Być może stało się tak dlatego, że potrawa ta nie jest aż tak bardzo popularna we Włoszech, jak ich inne kultowe potrawy. Owszem, zazwyczaj znajdziemy ją w karcie, ale raczej nie jest specjalnie eksponowana. Nie eksperymentują też specjalnie z jej rodzajami - klasyk z mięsno-pomidorowym sosem bolognese to zwykle jedyna propozycja. A moje wrażenia? W sumie dobrze oddaje je zdjęcie. Lasagne prezentuje się zdecydowanie mniej okazale niż choćby w większości polskich restauracji - jest niska, wręcz spłaszczona, zdecydowanie mniej obfita. Smaki i aromaty są jednak jak na Włochów przystało - mocne, świeże, pyszne.

W każdej części świata odnajdziemy lokalny odpowiednik pierogów. W tym przypadku są nimi ravioli (kwadratowe, o karbowanych brzegach) oraz tortellini (mniejsze, odpowiedniki naszych uszek). Dla Włochów są to kolejne odmiany makaronów, z tym, że z nadzieniem umieszczonym wewnątrz. Rodzaje farszów są rozmaite, najczęściej na bazie ricotty z dodatkiem ziół, warzyw i mięsa. Pierożki najczęściej podawane są z sosem lub przynajmniej obsypane tartym parmezanem. Mnie osobiście zaintrygował smak kompozycji z dodatkiem szałwii. Tak, tak, są smaczne, jak przystało na włoską kuchnię, jednak podsumowując temat włoskich pierogów zacytuję kelnera polskiego pochodzenia, który obsługiwał nas we Włoszech: „Chłopie, pochodzisz z kraju, w którym podają najlepsze pierogi i chcesz zamówić ravioli?”.

Koniec tematu makaronów, jednak zdecydowanie nie wychodzimy z tematu potraw mącznych, w których Włosi lubują się jak żaden inny naród. Były już włoskie pierogi, teraz czas na włoskie kopytka - gnocchi. Są różne szkoły ich formowania, jednak najczęściej są to małe kluseczki, lekko zrolowane wokół własnej osi i delikatnie spłaszczone widelcem. Podawane z rozmaitymi sosami. Najbardziej popularnym jest sos pomidorowy z dodatkiem parmezanu, jednak mnie urzekły gnocchi oblane bazyliowym pesto. Zresztą pesto to osobny temat - niesamowicie aromatyczne, podobno najlepsze w Genui, gdzie zresztą faktycznie mnie zachwyciło.

Kolejne danie nierozerwalnie związane z kuchnią włoską - risotto. I niby, jak na kuchnię włoską przystało, powinno być proste w wykonaniu, a jednak zjedzenie naprawdę dobrego risotto to rzadkość. Włosi też sobie z nim różnie radzą, lecz zdecydowanie możemy tu odnaleźć tę potrawę w jej najlepszym wydaniu - gęste, nierozsypujące się, o maślanym aromacie. Risotto o charakterystycznym żółtym kolorze to typowe szafranowe risotto mediolańskie. I może nie jest to danie, które pragnęłabym jeść codziennie, ale smak jest bez dwóch zdań niepowtarzalny i wart polecenia. Poza tym ta potrawa bazująca na ryżu smażonym w maśle, a następnie gotowanym w bulionie z dodatkiem białego wina, występuje też rzecz jasna w wielu innych wersjach - z grzybami, warzywami, mięsem, czy też…

…owocami morza. Bo wszakże jaki kraj śródziemnomorski mógłby w swojej kuchni nie składać ukłonu w ich stronę. Nie od dziś wiadomo, że najlepsze owoce morza to świeże owoce morza. I we Włoszech takie znajdziemy - od krewetek poczynając, przez kalmary i ośmiorniczki, a na małżach kończąc. Najczęściej podawane są właśnie z risotto, makaronem czy na pizzy. Zdecydowanie trzeba je spróbować, nawet jeśli, tak jak ja jeszcze kilka lat temu, macie względem nich opory.

Bruschetta - uwielbiam. Mocno przypieczona grzanka w najprostszej wersji posmarowana oliwą, a w nieco mocniej wzbogaconej - z posiekanymi pomidorami z bazylią, z oliwkową tapenadą, z serem, z prosciutto czy salami, bądź z czymkolwiek się nam zamarzy - byle by tylko było włosko i pysznie! Idealna przekąska na lunch czy przystawkę.

Sery - bez nich świat nie byłby ten sam. W zasadzie każdy kraj ma w swojej ofercie jakiś swój regionalny ser, jednak niewiele jest takich miejsc na świecie, których serowa oferta jest tak bogata i tak zachwycająca w smaku. Rodzai włoskich serów jest ich bez liku. I każdy z nas bez wątpienia znajdzie coś dla siebie - łagodna i kremowa ricotta, delikatna i wilgotna mozzarella, pikantny i dojrzały parmezan, czy w końcu grzybowa i niesamowicie aromatyczna gorgonzola. I pewnie w tym miejscu wielu się ze mną nie zgodzi, ale o ile restauracyjne dania we Włoszech bywają czasem genialne, a czasem fatalne, o tyle prawie każdy ich ser zwala mnie z nóg - nawet ten w najniższej cenie.

Na wstępie przyznaję się - jako biedna studentka nie miałam na tyle grubego portfela, aby szarpnąć się na zakup tego afrodyzjaku jakim są trufle. Ich ceny są bowiem istnie zawrotne - dochodzą do 4 tysięcy euro za kilogram. Te luksusowe grzyby rosną pod ziemią i wydobywane są przez tresowane psy oraz świnie. Wyglądają raczej odpychająco, jednak ufam, że w smaku muszą być piekielnie aromatyczne. 

Chociaż każdy Polak powie, że najlepsze kasztany podają na paryskim placu Pigalle, to raczej nie każdy Rzymianin się z nim zgodzi. Bo budki serwujące ten przysmak są we włoskiej stolicy bardzo powszechne, zwłaszcza w luksusowej okolicy Schodów Hiszpańskich. Pieczone kasztany nie podbiły jednak mojego podniebienia - w konsystencji trochę jak ziemniaki albo fasola, w smaku wyczuwalna nuta prażenia. Opinia moja jest subiektywną, więc mimo wszystko polecam skusić się na ich degustację, rozsmakowując się w klimacie dzielnicy.

TO, CO WE WŁOSZECH POKOCHAŁAM NAJBARDZIEIJ - LODY (szoku nie ma, biorąc pod uwagę moją miłość do słodkości). Tradycyjne włoskie lody (które nie mają nic wspólnego z tymi świderkami sprzedawanymi w Polsce z niewiadomych przyczyn pod szyldem lodów włoskich) są gęste, kremowe i cholernie aromatyczne. Ich konsystencja sprawia, że na sam widok cieknie ślinka - wyglądają jak najpyszniejsza masa do tortu. A gama różnorakich smaków powala. No i do tego wszystkiego te pyszne, chrupiące, słodkawe rożki o złocistym kolorze. Każda gelateria to dla mnie raj na ziemi, w którym mogłabym spędzić pół życia. A ZDECYDOWANIE najlepszym smakiem, smakiem, na punkcie którego absolutnie straciłam głowę jest… PISTACJA. I chociaż doświadczenia z naszych rodzimych lodziarni nauczyły mnie, że smak pistacjowy nie ma nic wspólnego z tymi pysznymi orzechami, jest mocno mdły i sztuczny, to włoskie pistachio gelato są po prostu boskie. I dla Włochów chyba tak samo kultowe jak dla nas lody bakaliowe czy truskawkowe - w obowiązkowej ofercie nawet najmniejszej lodziarni. Ku mojej wielkiej uciesze.

Temat pistacjowy będę kontynuować. Bo nie zamyka się on tylko na lodach. Włosi kochają te orzeszki i serwują nam mnóstwo przysmaków z ich wykorzystaniem, obficie i bez oszczędzania. I za to ich kocham. Na zdjęciu powyżej prezentuję najwspanialszą drożdżówkę na świecie - ślimaczka wypełnionego po brzegi pistacjowym kremem. To było iście rajskie doświadczenie smakowe. Możecie więc sobie wyobrazić moją rozpacz, gdy w tym roku, po 10 miesiącach, odwiedziłam ponownie niewielką mediolańską cukiernię, poprosiłam o drożdżówkę z pistacją i dowiedziałam się… że już jej nie dostanę. Po dziś dzień pozostaję  w żałobie i mam nadzieję, że do czasu mojej następnej wizyty tam moja ukochana drożdżówka powróci do oferty.

Korzystając z tych cukierniczych tematów, warto wspomnieć o ogólnym zamiłowaniu Włochów do wypieków. Zwłaszcza warte polecenia są włoskie ciasteczka, których wybór jest szeroki - chrupiące cantuccini, cannolo z kremem czy migdałowe amaretti.

Tiramisu to chyba najbardziej włoski z deserów. Wszak wszystko jest w nim bardzo włoskie - ser mascarpone, aromatyczna kawa i dodatek ciasteczka, najczęściej biszkoptu. Wszystko komponuje się ze sobą również po włosku - genialnie. Tiramisu podawane jest w różnych wersjach, jednak taka jak widoczna na zdjęciu - w szklanym pucharku - jest chyba najbardziej kultowa.

Włosi słyną z kawy i ze swojego zamiłowania do niej chyba równie mocno, co z pizzy czy makaronów. Ich kawa faktycznie jest bardzo dobra, choć w moim prywatnym rankingu kaw plasuje się poniżej kawy portugalskiej. Wart szczególnej uwagi jest sam stosunek Włochów do tego napoju bogów. W przeciwieństwie do reszty świata, gdzie wszyscy zabiegani ludzie przemierzają świat z papierowym kubkiem kawy w ręku, dla Włochów kawa na wynos to pojęcie prawie nieznani. Oni wyznają filozofię poświęcenia tych kilku minut kawie tak, jak należy - w filiżance, przy stoliku, z ciasteczkiem. I pochwalam ich za to, bo taka chwila spokoju przyda się każdemu. Przy okazji mała dygresja - gdyby ktoś z Was, tak jak my, zastanawiał się kiedyś, czym jest caffe d’orzo, odpowiadam - jest to kawa zbożowa. I nie wiem czy piszę w tym momencie zupełnie słusznie, ale nie jest to raczej ulubiony przez Włochów rodzaj kawy - tak przynajmniej wnioskuję po pełnej współczucia reakcji kelnera po zebraniu zamówienia na nią.

Drugim (a może pierwszym?) najsłynniejszym napojem wywodzącym się z Włoch jest bez wątpienia wino. Osobiście jestem fanką wina, zwłaszcza półwytrawnego czerwonego bądź białego (kolor zależy od aktualnego nastroju). Włoskie wino jest pyszne, kultowe, słoneczne jak cała Italia - ale o tym wie chyba każdy. Nie każdy jest jednak świadomy, że we włoskich marketach dość bogata jest oferta win w opakowaniach innych niż szklane. Znajdziemy je bowiem w kartonach, plastikowych butelkach, czy nawet małych kartonikach z rureczką. I, tutaj uwaga, niektóre z nich są całkiem dobre, przynajmniej jak na studencki gust (choć od niektórych trzeba trzymać się z daleka). My z czystym sumieniem polecić możemy Tavernello - przyjemne, o kwiatowym aromacie. 

Ostatnio coraz bardziej popularny, pyszny, orzeźwiający, kultowy drink włoski - Aperol Spritz. Składa się z wody gazowanej, prosecco i tytułowego Aperola - aperitifu na bazie gorzkiej pomarańczy, rabarbaru i ziół. Bardzo przyjemny w smaku, lekki drink to świetna propozycja dla wszystkich, którzy nie przepadają za mocnymi alkoholami. No i ten kolor…

Włoska tradycja aperitifu to coś, o czym dowiedziałam się bardzo niedawno i przyznam, że zawstydził mnie mój brak świadomości w tym temacie. I nie chodzi tu o aperitif rozumiany jako częstowanie gości drinkiem na powitanie. Chodzi tutaj o zwyczaj spotykany w niektórych restauracjach czy bistrach polegający na serwowaniu kilku różnych przekąsek do zamówionego drinka. W cenie drinka! I nie, nie ma żadnych dodatkowych opłat tak, jak w przypadku czekadełek podawanych nam przed otrzymaniem obiadu (na które zresztą trzeba uważać, jeśli nie chcemy się mocno wykosztować). W tym przypadku przekąski takie jak różnorakie kokilki, oliwki, chipsy czy małe kawałki pizzy są nam serwowane w celu zaostrzenia apetytu i umilenia czasu spędzonego przy sączeniu drinka. Wspaniała sprawa, czyż nie? ;)

Podróż bardzo długa, choć zdecydowanie nieskończona - ze smakiem będę ją kontynuowała jeszcze przez wiele lat.
Na koniec wpisu chciałabym Wam polecić kilka fajnych miejsc w różnych miejscach we Włoszech:

MCF - Mercato Centralne Firenze 
Via dell'Ariento we Florencji
Hala o pięknej starej industrialnej architekturze po brzegi wypełniona najpyszniejszym jedzeniem! Zróżnicowanie oferowanych nam przysmaków jest tak wielkie, że można dostać zawrotów głowy! Możecie się tu udać zarówno na śniadanie, lunch, obiad i kolację, jak i na zakupy towarów do własnej kuchni. Nowoczesne a jednak tak bardzo tradycyjne miejsce, które muszą odwiedzić wszyscy wielbiciele dobrego jedzenia.

CAFE DE VILLE
Via Dante 14 w Mediolanie
Mała włoska restauracja w samym centrum Mediolanu. Pyszne jedzenie, przesympatyczna obsługa i, jak na tę europejską stolicę mody, naprawdę atrakcyjne ceny. W dodatku do tego miejsca dotarła opisywana przeze mnie tradycja aperitifu, która spodoba się każdemu klientowi ;)

GELATERIE ODEON
Piazza del Duomo 2 w Mediolanie
Lodziarnia serwująca najlepsze lody pistacjowe! Smaki zmieniają się codziennie, jednak pistacjowy jest gwarantem, czasem nawet w dwóch odsłonach. Oprócz tego skosztować możemy też lodów bardziej klasycznych (jak stracciatella, melon czy truskawka), a także mniej (chociażby risotto szafranowe czy prawdziwie czarne lody czekoladowe).

LODZIARNIE GROM
Popularna sieć lodziarni, która zawędrowała w różne zakątki Włoch. I chociaż z natury uznaję wyższość lokalnych punktów nad tymi sieciowymi, to lody z Groma mogę z czystym sumieniem polecić. 

Na chwilę obecną zakańczam podróż, ale, jak już zapowiedziałam, w przyszłości będę ją kontynuowała, więc spodziewajcie się aktualizacji! ;)

Wpis dedykuję wszystkim moim towarzyszom włoskich podróży, bez których nie byłyby one tak samo pyszne!

sobota, 1 sierpnia 2015

Kulinarne podróże - Portugalia

Kolejny rok, kolejne wakacje, kolejne podróże. A dla mnie, jak wiadomo, podróże wiążą się przede wszystkim z pełnymi niespodzianek doznaniami kulinarnymi, które każdego dnia intrygują czymś zupełnie innym i nie pozwalają przejść obok obojętnie.
Tym razem los rzucił mnie na dziki zachód naszego kontynentu, do pioniera geograficznych podbojów - żyjącej własnym życiem Portugalii. Kraj niezmiernie ciekawy w swojej odrębności i specyficznej dzikości, którą odnajdujemy, porównując ją z innymi krajami południa - temperamentną Hiszpanią czy głośną, pełną wrzawy Italią. Tutaj czas zwolnił, życie jest powolne, spokojne i proste. Proste tak jak i ich kuchnia.
Zazwyczaj poznawaniu obcej kuchni towarzyszy mi przynajmniej chwilowa fascynacja i chęć smakowania jej jak najdłużej. Czasem powodem są smaki tak pyszne, czasem tak egzotyczne, a czasem tak zaskakujące i niespotykane. W tym wypadku, ku mojemu zaskoczeniu, było inaczej. Portugalczycy lubią kuchnię sycącą, lecz prostą i niezbyt wymagającą. Siadając do stołu, chcą najeść się i nasycić. Nie zauważyłam u nich kultu jedzenia, tak charakterystycznego dla nacji takich jak chociażby Włosi, Francuzi czy Meksykańczycy. Mają kilka swoich ulubionych smaków, które stale się przewijają i taka kuchnia wydaje się im w pełni odpowiadać.
Nie znaczy to jednak, że w Portugalii nic nie zachwyciło moich kubków smakowych. Przeciwnie - urzekły mnie ichniejsze napoje - przede wszystkim kawa, a oprócz tego wina i popularna wiśnióweczka.
Zapraszam niniejszym na podróż pełną wzlotów i upadków.


Zaczynam konkretnie. Jedno z popularniejszych i najbardziej ulubionych dań w całym kraju - dorsz zwany po portugalsku bacalhau. Podobno przyrządzany tam na 365 różnych sposobów. Bywają zapiekane w śmietanie, otoczone cebulką, a nawet - w formie orientalnego curry. Tę ostatnią propozycję mogę polecić, choć nie jest ona specjalnie tradycyjna czy kultowa. Najbardziej chyba popularna wersja, widoczna u góry, to spory kawałek dorsza na gigantycznej plamie oliwy, obsypany czosnkiem i ziołami, podany z ich uroczymi młodymi ziemniaczkami w mundurkach. Dorsz jako ryba jest pyszny, jednak przytłaczająca ilość oliwy może przyprawić o mdłości. Co natomiast zaskakujące - mimo iż od wielu lat nie cierpię wręcz ziemniaków, te wyjątkowo mi smakowały. W Portugalii w ogóle uwielbia się ziemniaki, więc ten fakt może nie powinien dziwić mnie aż tak bardzo.

Kolejne ryby uwielbiane przez Portugalczyków to sardynki. I to w przeróżnych wersjach - grillowane, w puszkach czy przyrządzone jako pasty pod nazwą sardine pate. Tutaj widzimy tę pierwszą, obiadową propozycję. Sardynki same w sobie są pyszne i OGROMNE, jednak zjedzenie ich to sztuka - obieranie i pozbawianie ich ości przysparza wiele pracy i mnóstwa odpadków na talerzu. Jeśli zaś chodzi o sardynki w puszce, to możemy znaleźć sklepy, w których sterty takowych puszek wznoszą się pod sam sufit - w oliwie, w oleju, pikantne, z papryką, w sosie pomidorowym… miliony opcji, które z pewnością zadowolą smakoszy rybek w konserwach.

I dalej jesteśmy w świecie morskim. Bo ryby i owoce morza to zdecydowanie to, co Portugalczycy najchętniej goszczą na swoich talerzach. Czasem wrzucają je wszystkie do jednego gara, smakowicie przyprawiają (kolendra! uwielbiają kolendrę - za to mają ode mnie wielki plus) i podają ze smakowitymi sosami, duszonymi warzywami, a czasem również ryżem. Powyżej widzicie cataplanę, która w tym wydaniu składała się głównie z ryb w sosie przypominającym salsę oraz warzyw, wśród których górowały, oczywiście, ziemniaki. Propozycja całkiem przyjemna, dostępna również pod nazwami caldeirada czy cozido.
W tym momencie powinnam wspomnieć również o zupie rybnej, której nie udało mi się spróbować, ale która uchodzi tu za dość kultową.

Lokalny fastfood - bardzo popularne zwłaszcza w Porto danie pod kokieteryjną nazwą Francuzeczka. Wielki tost wypełniony różnymi dziwnymi (naprawdę dziwnymi, wręcz podejrzanymi) rodzajami mięsa i kiełbasy, wzbogacony o nieprzyzwoite ilości sera i oblany sosem pomidorowym na bazie wina (a jak). Przyczyna nadwagi, problemów żołądkowych i mieszanych wrażeń smakowych.

Przysmak kojarzący się głównie z Hiszpanią, ale popularny również i tutaj - tapas. I akurat ta forma lunchu jest dla mnie absolutnie wyborna. Tapas może być tak naprawdę wszystko, co da się wrzucić na talerz, nabrać palcami czy wykałaczką i przegryźć ze smakiem. Tutaj jedna z popularniejszych wersji - ser przypominający parmezan i szynka, która na pierwszy rzut oka kojarzy się z parmeńską. Jest to jednak coś innego, dużo bardziej wyrazistego w smaku, znacznie grubiej krojonego i mięsistego w konsystencji. I mimo, że zjedzenie tłuszczyku okazało się niewykonalne, mnie to tapas urzekło. Takie smaki lubię.

Przystaweczki. Czyli coś, co najlepiej na świecie umila czas oczekiwania na właściwie zamówienie. W większości miejsc bezkarnie je chrupiemy, traktując je jako gest hojności od restauratora. W Portugalii jest jednak trochę inaczej i przed tym przestrzegam. Podawane przystawki, często bardzo urodzajne, wyglądają niewinnie, a potrafią kosztować fortunę. A kelner nie ma zwyczaju o tym uprzedzać ;) Jednak czasem warto wydać te parę euro więcej - zwłaszcza, by skosztować ich pysznego pieczywa.

Po obiedzie przychodzi czas na deser. I tutaj należy uważać. W temacie słodkości Portugalczycy uwielbiają dwie rzeczy - cukier oraz żółtka. I to w ilościach przyprawiających o zawrót głowy. Te żółtka być może Was zdziwiły, mnie przynajmniej dziwią do dziś. W Portugalii kochają nadziewać dosłownie wszystkie rodzaje ciast (od kruchego, przez francuskie, filo, a na opłatkowym kończąc) masą przypominającą gęsty, zbity kogel mogel. Spróbowałam wszystkich wymienionych wariantów i już przy drugiej degustacji miałam dość. Często można też natknąć się na żółtkowy budyń czy pudding - w pierwszej chwili może przypominać creme brulee, jednak nadzieja umiera szybko.

Po wykorzystaniu tak nieprzyzwoitej ilości żółtek, trzeba coś zrobić z zalegającymi białkami. I oto pojawiają się takie wielkie, piękne bezy, którymi za 5 euro możemy zasłodzić się do końca dnia, a może i pobytu. Oprócz tego często spotykane są też ciasteczka przypominające amaretti, z migałem w środku.

Jest jednak jeden deser, który ZWALIŁ MNIE Z NÓG. I to, o dziwo, w jak najbardziej pozytywnym sensie. Pastel de nata. Przypomina on tartaletkę z ciasta francuskiego wypełnioną budyniowym kremem żółtkowym (niespodzianka?) z wyczuwalną, nieziemską nutą cynamonu i skórki cytrynowej. Nie jestem Wam jednak w stanie zdradzić dokładnego składu, bo przepis na pastel de nata znają podobno raptem trzy osoby na całym świecie. I może to nawet dobrze, bo smakuje tak cudownie, że przyrządzałabym je zdecydowanie za często.
Innym deserem, który należałoby polecić są lody. Co prawda lodziarnie nie są tam specjalnie częstym widokiem, ale gdy już jakąś znajdziemy - nie będziemy rozczarowani. Porcje są ogromne (jedna porcja to dwie gałki!), a smaki wyborne. Pistacjowe oraz sorbet limonkowo-bazyliowy podbiły moje serce.

Zastanawiając się, dlaczego Portugalczycy produkują tak niesamowicie słodkie desery, nasunęła się jedna myśl - w końcu piją mnóstwo kawy. Lecz akurat w tym wypadku nie ma się im co dziwić, bo kawę mają wyborną. Ze wszystkich miejsc na świecie, w których byłam, ta portugalska kawa smakowała mi najbardziej. Boski aromat, pozbawiony goryczki i cierpkości. Zawartość żadnej filiżanki mnie nie zawiodła, zdecydowanie.

Wino - kolejny napój, którym Portugalia może się szczycić. Powyżej kultowe Porto - wino słodkie o podwyższonej zawartości alkoholu (około 19-20%). Dostojne, eleganckie i zdecydowanie. Moim skromnym zdaniem nie smakuje w ogóle jak typowe słodkie wino. Ze zbiorów szczególnie udanych tworzy się ekskluzywne Porto Vintage. Dostępne jest również białe Porto. I chociaż ono jako jedyne określane jest mianem wytrawnego to dla mnie miało wyczuwalną likierową, słodką nutę.

A to zdecydowanie bardziej delikatne wino - Vinho Verde, a więc wino zielone. W kolorze jednak zdecydowanie nie jest zielone, a białe, do tego delikatnie musujące. Mocno schłodzone jest wspaniałe na upalny dzień, jako dodatek do obiadu, a zwłaszcza ryb i owoców morza.

Procenty idą w górę - wiśnióweczka Ginja. Jest to likier pozbawiony tego, co w większości likierów mi przeszkadza - syropowej konsystencji i niesamowicie słodkiego smaku. Jednocześnie nie jest tak mocna jak wiśniówka popularna w Polsce. A co najlepsze - tradycyjnie pija się ją w jadalnych, malutkich kubeczkach wykonanych z czekolady. Po degustacji tego trunku schrupanie kawałka dobrej czekolady przesiąkniętego aromatem wiśni jest bardzo przyjemne.

Moja podróż kulinarna po Portugalii dobiegła końca. Na początku przyznałam, że ta kuchnia specjalnie mnie nie oczarowała, jednak po konkretnym sprawozdaniu chyba zauważacie, że nie znaczy to wcale, iż wszystko było niesmaczne. Po prostu niewiele lokalnych przysmaków skradło moje serce. Ale na pewno niektóre z nich - pastel de nata albo świeże owoce morza (których zjadłam zdecydowanie za mało) i oczywiście KAWA - zapadną w mojej pamięci na bardzo długo.

środa, 11 lutego 2015

Kulinarne podróże - Meksyk

Początkowo, i tak dość racjonalnie podchodząc do tej kwestii, zakładałam, że stworzenie tego postu zajmie mi mniej więcej miesiąc czasu. I według tych obliczeń miał on się pojawić w połowie października.
No tak. Zdecydowanie czynnikiem, który w największej mierze przesądził o takim poślizgu był fakt, że zza Atlantyku przywiozłam ze sobą kilka tysięcy niesamowitych zdjęć, przez których przekopanie się okazało się nie lada wyzwaniem. Mam nadzieję, że przez ten czas nie zapomniałam walorów smakowych, na jakie się tam natknęłam. Wróć - po namyśle - z pewnością nie zapomniałam. Ich po prostu nie da się zapomnieć. Kultura żywienia w Meksyku jest dla nas raczej niewyobrażalna i nieustannie mnie szokowała.
Mimo tego, że zdecydowana większość Meksykanów jest po prostu gruba, oni zbyt wiele sobie z tego nie robią. Widać, że jedzenie przynosi im taką samą radość jak wszystkim innym (bądźmy szczerzy), z tą tylko różnicą, że oni nie starają się w żaden sposób tej przyjemności dawkować. Obiad na śniadanie, lunch, obiad, a na kolację nawet dwa obiady? Pewnie! I teraz jeszcze sprecyzujmy, co kryje się pod hasłem "obiad" - raczej obowiązkowo mięso, i to smażone, pływające w tłustym sosie, do tego gigantyczna porcja fasolowego pure, kilka placków tortilli i masa nachosów. A z boku jeszcze jakaś sałatka. Albo dwanaście. No i deser. Chociaż odniosłam wrażenie, że deser i tak nie zajmuje tutaj tak wysokiej pozycji, jak danie główne.
Ten kraj jest niesamowicie kolorowy i radosny i dokładnie takie same są meksykańskie talerze z jedzeniem. Znajduje się na nich mnóstwo wszystkiego, szczęśliwa kompozycja ich ulubionych smaków, które dla nas, Europejczyków, w pewnej części bywają niezrozumiałe. Ta "pewna część" jest  jednak tylko niewielkim ułamkiem, bo przecież kuchnia meksykańska na naszym kontynencie cieszy się raczej powodzeniem, a my uwielbiamy raz na jakiś czas zaszaleć z potrawą rodem z azteckiego imperium. Chociaż warto zauważyć, że dzielące nas tysiące kilometrów niektóre ze smaków przekształciły i to czasem dość sromotnie. Ale o tym opowiem niżej, na konkretnych przykładach.
A więc niniejszym zakładam na głowę mieniące się sombrero i już po raz czwarty zapraszam Was na kulinarną podróż, tym razem zdecydowanie najbardziej tropikalną - aż do Meksyku.


Zacznę od tego, co z Meksykiem kojarzy nam się najbardziej. Jednym z tych rarytasów są tortille. U nas pod tym hasłem rozumiemy placek pszenny typu naleśnikowego o średnicy dwudziestu kilku centymetrów. A Meksykanie? Otóż u nich jest trochę inaczej i to było jedno z moich, i nie tylko moich, głównych zaskoczeń. Nasza wersja tortilli jest bowiem zeuropeizowana i dostosowana do naszych przyzwyczajeń smakowych. Tradycyjnie ten placek jest wykonywany z mąki kukurydzianej, ma kilkanaście centymetrów średnicy i... raczej nam nie smakuje. Ja odebrałam go jako mieszaninę wody z czymś zupełnie bezsmakowym i wielce się ucieszyłam, gdy okazało się, że w niektórych restauracjach możemy wybrać między tortillą pszenną a kukurydzianą. I ja zdecydowanie polecam tę pierwszą.


A co bezpośrednio wiąże się z tortillą? Nachosy oczywiście. Te meksykańskie trójkątne chipsy są niczym innym jak smażonymi kawałkami tortilli. I tutaj historia powtarza się - o ile w Europie zajadamy się nachosami pszennymi, o tyle w Meksyku tradycyjnie je się kukurydziane. Kwestia walorów smakowych również wygląda tak samo - pszenne pyszne, kukurydziane... trochę mniej.
Nachosy i tortille są dla Meksykanów mniej więcej takim dodatkiem jak dla nas pieczywo. Przy czym nachosy spełniają może bardziej rolę frytek. Dodają je właściwie zawsze do każdego dania głównego i co jakiś czas przegryzają.


Kolejną rzeczą, która z pewnością wszystkim kojarzy się z kuchnią Meksyku jest fasola. Dla mnie było to przerażające, bo fasoli szczerze nienawidzę, a przed wyjazdem oczyma wyobraźni widziałam, jak stosy tych fioletowych roślinek piętrzą się wszędzie - w każdej sałatce, w każdym makaronie, w każdej tortilli.... wszędzie! I tutaj kolejne zaskoczenie - fasola owszem jest wszędobylska, ale nie w takiej postaci, do jakiej przywykliśmy. Szczerze mówiąc ani razu nie widziałam jej podanej na surowo. Serwowana była tylko jako obowiązkowy dodatek do dań w formie przetworzonej. Na zdjęciu powyżej widzimy dość rzadką fasolową pulpę, lecz najczęściej spotykaną wersją jest coś w rodzaju fasolowego pure. Dla mnie wciąż niezjadliwego, choć smakującego minimalnie lepiej niż fasola w formie naturalnej.


A jak już jesteśmy w temacie tortilli i fasoli, to idźmy dalej - tacos! Zdecydowanie meksykańskie, zdecydowanie pyszne i zdecydowanie najbardziej popularne. Jadąc do Meksyku, wiedziałam, że bezwarunkowo muszę spróbować trzech dań: tortilli, burrito i tacos. Przy czym tacos zajmowało miejsce ostatnie, bo z tych trzech u nas jest chyba najmniej popularne. A okazało się, że w ojczyźnie tych rarytasów jest dokładnie na odwrót.
Czegoś takiego jak nasza tortilla serwowana w miejscach typu McDonalds, czyli placek zrolowany podłużnie z dodatkiem warzyw i mięsa, w Meksyku po prostu nie ma. Burrito należy do rzadkości, ale o tym później. A więc zostaje tacos. Lecz i ono przybiera formę, która może zaskoczyć.
Można powiedzieć, że Meksykanie komponują tacos samodzielnie. To znaczy, że zamawiają tacos o konkretnych składnikach i otrzymują kilka małych placków tortilli oraz owe składniki. Inwencja twórcza należy do nich. Kupując w ulicznej budce, nie pozostaje nic innego jak wpakować wszystko do tortilli, zgiąć ją na pół (i oto taco przybiera swój znany na cały świat półokrągły kształt) i wcinać. W restauracji - kultura - możemy jeść wszystko osobno. Wszystko jedno jak to zrobimy - tacos smakują wybornie! Kompozycja warzyw, smażonego mięsa (różne rodzaje do wyboru, może być nawet i ryba!), tortilli (oczywiście pszennej!), nachosów, fasoli (w moim przypadku zdecydowanie nie) i guacamole jest genialna!
I tutaj zatrzymam się jeszcze na chwilę, bo oto przed chwilą padła ta wspaniała nazwa - GUACAMOLE. Niestety nie uwieczniłam go na solowym zdjęciu, więc wspomnę o nim teraz. Jest to bowiem ta zielona pasta na wierzchołku powyższego talerza. I dla mnie jest ona genialna. Zwłaszcza ta prawdziwa, meksykańska. Wykonana z dojrzałego (koniecznie dojrzałego!) avocado z dodatkiem limonki (zdecydowanie smak Meksyku!), kolendry (zdecydowanie smak Meksyku!) i pomidorów (też całkiem meksykańskie). Również dodawana do większości dań, lecz, w moim uznaniu, milion razy lepsza i zdrowsza od fasoli.


No i mamy wspomniane wcześniej burrito. Rozglądałam się za nim przez cały mój pobyt w Meksyku, jednak udało mi się go dorwać dopiero na lotnisku, w oczekiwaniu na opóźniony samolot powrotny. Zaskakujące? Dla mnie bardzo. Burrito jest w zasadzie bardzo zbliżone do taco, różni je chyba tylko metoda zwijania tortilli. No i fakt, że po zamówieniu otrzymujemy gotowe danie, wyposażone już wbrew mojej woli w wielką ilość fasoli...


I ostatnia już przekąska z serii tych tortillowych - quesadilla. Zwykle serwowana w formie śniadania. Jest to tortilla podsmażana z serem i dowolnymi składnikami (ja zawsze dorzucałam ukochane pieczarki), podana z kleksem śmietany i - ponownie - startym serem. Jest pyszna, bo w końcu - kto nie lubi topionego sera?


Pamiętacie jeszcze, jak wspomniałam, że Meksykanie jedzą obiad na śniadanie? A więc oto próbka dokumentująca ten zwyczaj. Gdy pierwszy raz zobaczyłam to danie w bufecie śniadaniowym, byłam w ciężkim szoku, jednak tylko przez chwilę, bo obok podany był kurczak w sosie barbecue, który zniszczył mnie jeszcze bardziej. W każdym razie danie to nosi nazwę chilaquiles i jest to mieszanka tortilli tudzież nachosów z serem i różnymi warzywami w sosie z chilli. Sosy bywają różne i w zależności od ich rodzajów potrawa smakowała mi mniej lub bardziej. Czasem była naprawdę przesmaczna, a czasem raczej niezbyt trafiała w moje gusta smakowe. Tak czy inaczej, mimo wątpliwej konsystencji, polecam spróbować chilaquiles.


Polacy słyną ze swoich wędzonych serów, natomiast Meksykanie - z wędzonych papryczek. Papryka to zdecydowanie jedno z bardziej meksykańskich warzyw, podawane w najrozmaitszych formach. Chipotle to zdecydowanie jedna z tych, które smakują mi najbardziej. Są to w specyficzny sposób uwędzone papryczki chilli, podawane w aromatycznej zalewie. Jak na chilli przystało, są nieco pikantne, ale jest to pikanteria delikatna i bardzo przyjemna w smaku.


Mole - przepyszny sos czekoladowy podawany do… dań wytrawnych! Tak! Czekolada nawet z mięsem smakuje wspaniale! Co prawda mojej egzaltacji tym przysmakiem nie podzielają wszyscy, ale ja zdecydowanie polecam. Nie jest wcale słodki, jest idealny, wyważony w smaku. I przyznam, że próbowałam odtworzyć go w domu, jednak nic nie oddało walorów meksykańskiego oryginału.


Oto zupa, która we wszystkich menu widniała pod tajemniczą nazwą Zupy Azteka. Ponieważ podczas mojej podróży zwiedzałam Meksyk śladami Azteków, to dość często się na nią natykałam i w końcu postanowiłam jej spróbować. Jest to zupa pomidorowa z rozmaitymi bardzo meksykańskimi dodatkami. Jest więc i awokado, i ser, i nachosy, a oprócz tego różne warzywa. Ciekawa sprawa, choć pod względem czysto smakowym niezbyt powalająca.


Czas najwyższy oddać Meksykanom trochę sprawiedliwości i przyznać, że w ich kuchni pojawia się też nieco zdrowych pozycji. Przykładowo sałatki, których przyrządzają bardzo wiele i na bardzo różne sposoby. Oto jedna z tych, które smakowały mi najbardziej - ze smażonej opuncji z dodatkiem papryki, cebuli, a czasem także awokado. Była pyszna i miałam ochotę nakładać ją sobie bez końca.


Patrząc na to zdjęcie, proszę skupić się nie na daniu głównym, ale na dodatku - pysznej, soczystej sałatce z pomidorów, kolendry, chilli i cebuli. W wielu restauracjach podawana jest jako przystawka i smakuje bardzo dobrze. Przede wszystkim jest bardzo odświeżająca. Zwykle podają ją z paczką krakersów Saladitas, również smakowitych.


A oto ponownie wspomniany wcześniej owoc, opuncja, z tym że w wersji nieprzetworzonej, a więc słodziutkiej. Również i w taka smakuje wspaniale, jest delikatna, trochę przypomina naszą gruszkę. Zawiera jednak jakiś swój własny, kaktusowy, specyficzny posmak. Również i od niej ciężko się było oderwać.


Idąc ulicami meksykańskich miast, bądź też trafiając na któryś z targów, na niemalże każdym rogu jesteśmy w stanie natknąć się na stoisko serwujące świeżo wyciskane soki. I zwykle wygląda to tak, jak na zdjęciu powyżej - mały rodzinny interes, raczej wysoce obojętny jednostkom rozumianym przez nas jako sanepid, a jednocześnie cieszący się wielkim powodzeniem wśród klientów. I nie ma się  co dziwić, w takiej temperaturze świeży sok działa jak lekarstwo. Zresztą w Meksyku takie "rodzinne, uliczne interesy" są niesamowicie popularne. Dosłownie wszędzie znajdują się drobni kupcy oferujący różnoraką, ręcznie wykonaną żywność - od tortilli, przez słodycze, lody i napoje, co rozmaitych wypieków. Zazwyczaj wszystko jest tam brudne i nam wydaje się kompletnym nieporozumieniem. Jednak Meksykanie tym wszystkim zajadają się z przyjemnością, mając w nosie warunki sanitarne. Ja jednak tak nie potrafiłam i przyznaję się bez bicia, że nawet tych soczków nie spróbowałam. Chociaż kusiły i to bardzo - tyle owoców u nas tak słabo dostępnych - mango, papaja, marakuja, kokos… najbardziej kusił ten ostatni, bo spijało się go po prostu z wnętrza tej wielkiej, brązowej,  owłosionej skorupy :3


No i słodkości robi się coraz więcej… Jedno z miast które odwiedziłam, Puebla, słynie z cukierkowej ulicy, wzdłuż której bez przerwy ciągną się sklepiki produkujące i oferujące właśnie słodycze. I nie muszę chyba mówić, że różnią się one od tych naszych, wytwarzanych masowo przez wielkie przedsiębiorstwa. Tam mamy do czynienia z manufakturą, która tworzy słodycze od serca - zazwyczaj są bardzo kolorowe, lepiące, ciągutkowe i niesamowicie słodkie.


Ja jednak od cukierków zdecydowanie bardziej cenię sobie oczywiście ciastka i inne wypieki. Tego też nie brakuje nam w Meksyku, chociaż muszę przyznać, że Meksykanie zdecydowanie wolą dania główne, które mają dla nich większe znaczenie niż desery. To jednak wcale nie oznacza, że przemysł cukierniczy jest u nich słabo rozwinięty - wręcz przeciwnie. Zauważyłam, że mają oni kilkanaście swoich ulubionych rodzajów wypieków, które są serwowane i sprzedawane wszędzie. Jednymi z nich są właśnie powyższe ciastka - niby zwykłe ciastka kruche obficie obsypane cukrem, a jednak miały w sobie coś niesamowicie dobrego. Oprócz tego popularne były też drożdżowe bułeczki oblane ciekawą odmianą lukru, ciasteczka przypominające trochę wypieki z ciasta francuskiego, meksykańskie odmiany pączków, ciasta bananowego i marchewkowego czy brownie, a także muffiny - tym razem bez żadnych zmian, takie jakimi i my się zajadamy.


A oto to, co wzbudziło we mnie wybitne szczęście - produkty amerykańskiego przemysłu spożywczego dostępne w lokalnych supermarketach. W Meksyku możemy nabyć wiele smakołyków raczej niedostępnych w Europie, a za to bardzo popularnych w Ameryce. Wśród nich moje ukochane masło orzechowe Jif, pyszna czekolada Hershey's (polecam krem Hershey's, niesamowicie intensywny, prawie jak ten z brukselskiego Carrefoura :D) czy wyskakujące z tostera Poptartsy. Osobiście byłam oczarowana, ale to już takie moje własne, małe zboczenie.


No i alkohole… O nich w Meksyku nie da się zapomnieć. Zresztą, kto nie słyszał o Tequili? Osławiona, bo osławiona, ale w rzeczywistości… smakuje jak zwykła wódka, i to niezbyt dobra. Tradycja nakazuje przepić ją sokiem świeżo wyciśniętym z limonki i przegryźć szczyptą soli. I w tej wersji jest chyba nieco bardziej znośna. Chyba. Nieco.


Mezcal - nieco mniej znany niż Tequila, która jest po prostu jego odmianą. Z Mezcalem jest jednak pewna ciekawa sprawa - otóż wewnątrz umieszczona jest gąsienica. Meksykanie są szaleni. Zresztą równie szalone są ich drinki - mój faworyt, którego nie byłam w stanie dopić (s.z.o.k.), to mieszanina sosu worcestershire, piwa i sosu tabasco. Polecam tylko i wyłącznie amatorom bardzo mocnych wrażeń.


I na koniec, skoro już przy robakach jesteśmy, wspomnę o jednej z bardziej szalonych rzeczy, które popełniłam podczas tej podróży. Była to ponadto jedna z pozycji na mojej liście "musisz to kiedyś zrobić, chociaż bardzo nie chcesz". A więc - zjadłam robaka. Wspominałam już zresztą o tym na blogu i pytaliście, co jak gdzie. No więc oto odpowiedź. Robak był suszony i smakował jak rdza lub siarka. Mówię to z pełnym przekonaniem, mimo że ani rdzy ani siarki nigdy nie degustowałam. Zdecydowanie jedno ze straszniejszych przeżyć. Ale przynajmniej mogę sobie robaka odhaczyć na mojej masochistycznej liście.

Kończąc, po prostu muszę wymienić trzy wspaniałe smaki Meksyku, których jako takich nie uwieczniłam na indywidualnych zdjęciach, ale pojawiały się w większości potraw.
LIMONKA
jej sokiem Meksykanie skrapiają wszystko, dosłownie wszystko, i wszystko smakuje z nią sto razy wyborniej
KOLENDRA
cudowne zioło o niepowtarzalnym smaku, każdemu przysmakowi nadaje południowej nuty
AWOKADO
i tylko takie dobrze dojrzałe, miękkie, ciemne z wierzchu - ono ma dopiero prawdziwie pyszny smak awokado, zdecydowanie inny niż te niedojrzałe owoce, które najłatwiej zdobyć w europejskich supermarketach

Podróż po Meksyku to doświadczenie niezapomniane, tak samo jak i próbowanie lokalnej kuchni. Gdybyście kiedykolwiek mieli okazję tam wpaść, nie bójcie się niczego i wszystko smakujcie! Jak widzicie ich kuchnia bardzo różni się od naszej, nierzadko zaskakuje, ale zdecydowanie każdego potrafi nieraz zaskoczyć w bardzo pozytywny sposób.